Loading...

czwartek, 22 grudnia 2011

Najlepszy gyros w Brukseli

Jest takie miejsce w Brukseli, w którym można poczuć się wyjątkowo. Kiedy kroczy się uliczkami, które prowadzą do Grand Place, mija się restauracje, bary, knajpki. Przyjemnie jest, gdy pogoda temu sprzyja. Wchodząc w ulicę Rue du Marche aux Fromages, kelnerzy stoją przed restauracjami i przywołują zapraszającym słowem, gestem. Jedni mogą to odebrać jako nagabywanie, a drudzy poczują się wyjątkowi, kolejnym może być to zupełnie niepotrzebne lub obojętne. Ludzie siedzą przy stolikach na dworze, lampeczki lub świeczki palą się, by mogli mieć lepszą widoczność. Muzyka miesza się wokoło, gdyż w każdej knajpce coś innego leci. Oczywiście zapach jedzenia unosi się w powietrzu. Po raz pierwszy widziałam jak kobieta jadła mule, dostała całą miskę oczywiście do tego białe wino. 
Znajomi, którzy byli dzień wcześniej na później kolacji właśnie na tej ulicy i w jednej z knajpek, postanowili nas zabrać byśmy mogli sami ocenić jedzenie bardziej normalne. Trafiliśmy do Greka. Potrafił mówić po polsku niektóre wyrazy. Grek był tak uprzejmy, że gratisowo dał nam pitę z salatką grecką. Pyszności. Oliwki, feta, pomidor oliwa z oliwek z pysznym sosem. Mniam. Zamówiliśmy piwko Leffe 

Bardzo dobre, delikatne, powiedziałabym, że dla Pań w sam raz. A dla Panów

Podobno, też dobre, choć zapewne cięższe, gdyż jest ciemne. Do jedzenia każdy z nas zamówił coś innego. Przypominało to gyrosa,niektórzy mieli z frytkami a ja miałam z ryżem w pomidorowym sosie. Było tego tak dużo, że ja zostawiłam połowę dania. Porcje sporawe. Grek był na tyle zachęcający i przyjemny, że na zakończenie naszej uczty zaproponował nam znów gratisowo dla panów metaxe, a dla pań likier różany. Przyznam, że smakował mi likier, ale był już tak słodki, że po jedzeniu tak sytym nie miałam ochoty na słodkości. Danie jedno wychodziło za 10 euro. piwo jest w granicach 3 euro. 
Sama restauracja-bar nie jest może zbyt wyględna na zewnątrz i wewnątrz, ale miła obsługa zrobiła swoje. Nie spodziewaliśmy się, że otrzymamy aż takie gratisy. 
A wygląda tak

wtorek, 20 grudnia 2011

Gofry belgijskie w Brukseli

 Tego samego dnia po zjedzeniu bagietki z wkładką, udaliśmy się ze znajomymi na kawę i herbatę.  Na Rue Marché aux herbes mieści się bardzo charakterystyczny budynek. Po prostu nie da się go nie zauważyć. http://www.belgiumwaffle.com/home.en.html. W tej samej prostej są  frytki belgijskie. I ładnie to się komponuje na rogu ulic. Łatwo dostrzec, bo oba lokale mają flagi wywieszone na budynku.
Gdy weszliśmy lokal zrobił na mnie ogromne wrażenie, a dlaczego?

 Te imbryczki, piękne. Do każdej kawy i herbaty otrzymaliśmy ciasteczka. Lokal ten tak samo jak z frytkami ma dwie możliwości zarobku, że tak się wyrażę bo: jeśli ktoś chce szybko zamówić gofra, jest okienko specjalne, tzw. szybkiej obsługi. Ludzie mogą sobie wybrać jakie chcą gofry, gdyż niektóre są wystawione na witrynce. Natomiast jeśli ktoś chce w spokoju posiedzieć wchodzi do lokalu. Z tego co zdążyłam zauważyć tu nie tylko podają gofry, ale naleśniki, sałatki i alkohol.
Sympatyczne miejsce. Warte odwiedzenia.
http://www.tripadvisor.de/Restaurant_Review-g188644-d1309102-Reviews-Aux_Gaufres_de_Bruxelles-Brussels.html

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Belgijskie Frytki na Rue de la Madeleine w Brukseli

"Skończmy raz na zawsze z błędnym wyobrażeniem o ich pochodzeniu: frytki pochodzą z Belgii. A dokładniej z miasta Dinant. Hodowla ziemniaków rozpoczęła się w Belgii w XVII wieku. Nie wiadomo dokładnie kiedy usmażona została Pierwsza Porcja Frytek; ale wiadomo co było jej poprzednikiem ( a raczej poprzedniczkami). Otóż wcześniej smażono małe rybki, jednakże zimą bardzo ciężko było wyłowić je spod grubego lodu. Rybki zostały zastąpione ziemniakami, które pocięte w małe cząstki (mniej więcej formatu owych rybek) trafiały do rozgrzanego tłuszczu, a potem do żołądków wygłodniałych ludzi. W 1857 roku, po raz pierwszy w historii gastronomii, pojawia się typowy belgijski bar z frytkami. Gazeta "Courrier de Verviers" zamieszcza artykuł o niejakim Fritzu, którego nazywają "królem frytek". Sprzedaje on frytki duże i małe, nazywając je "une russe" i "une cosaque". Już w końcu XIX wieku w wielu miastach działają bary z frytkami." http://www.kfn.uni.wroc.pl/VARIA/MANDARIJNTJE/MANDARIJNTJE1/frytki.htm
Taka o to jest historia frytek. 
Tego samego dnia, gdy zjadłam po raz pierwszy naleśniki w Brukseli, czułam się najedzona, ale chciałam spróbować jeszcze innych smakołyków.  Wieczór był piękny, ludzie w torebeczkach zapakowane mieli frytki, ich zapach roznosił się w powietrzu. Postanowiłam wpaść i kupić  porcję frytek do baru. Zaraz przy knajpce de Pistolei, w której podają te pyszne bagietki, na rogu ulicy Rue de la Madeleine w Brukseli właśnie sprzedają frytki belgijskie. Oczywiście nie wiedziałam jeszcze o istnieniu tychże bagietek.




 Gdy weszłam do lokalu zobaczyłam....
 Tak właśnie w ten sposób podają te wspaniałe frytki. Zawinięte w trójkącik, z majonezem. Majonez to nie nasz kętrzyński czy babuni, tylko konsystencja bardziej przypominała śmietanę. Dało się zjeść, ale ja jednak przywykłam do ketchupu. Oczywiście można zjeść frytki wewnątrz baru, ale jak komuś się śpieszy to bierze na wynos
 Warto spróbować, bo są grube, dobrze usmażone i nie takie tłuste. Smacznego!!!!!!
zdjęcia pochodzą z tych stron
http://www.isriya.com/node/1824/belgium-trip-part-2http://droscher.com/gallery3/travel/Lille/Lille-0175-1626021605 
http://droscher.com/gallery3/travel/Lille/Lille-0175-1626021605

sobota, 17 grudnia 2011

Bagietki belgijskie

Miejsce bardziej barowe, szybka obsługa, wchodzisz, kupujesz i wychodzisz. No zanim wychodzisz to jeszcze płacisz za bagietkę z wkładką. Przed lokalem stoliki, więc można zjeść na świeżym powietrzu jak pogoda dopisuje. I właśnie, wtedy gdy ja byłam dopisywała. Listopad, godz. 12.00 słońce w zenicie, delikatne powietrze, taka pogoda sprzyja nasiadówkom na powietrzu. Ze znajomymi chcieliśmy coś zjeść, głód nam nie dawał spokoju. Zawsze marzyłam o zjedzeniu francuskiej bagietki i tak się stało. Lokal mieści się niedaleko pomnika-fontanny Charles'a Buls'a. Weszliśmy, a tam jak w barze sałatkowym do wyboru do koloru składników. Coś na zasadzie Subway', który także jest w Brukseli. Ja akurat zamówiłam bagietkę z szynką, pomidorem z mozzarella i oregano. Można było łączyć dowolnie składniki, spory wybór sosów do kanapki.Bagietka chrupiąca, świeża, składniki także.



 Oczywiście można zjeść wewnątrz lokalu bo miejsca są, ale widząc, że sporo osób wybiera właśnie ten bar w porze lunchu, chcieliśmy uniknąć tłoku.
  

Koszt bagietki zależy od dodatków. Im więcej, wiadomo,że cena rośnie.  Zapłaciłam za nią z dodatkami ponad 4 euro. W Subwayu także koszt wynosi  mniej więcej tyle samo. Myślę, że kolejny raz nie przepłaciłam za jedzenie w Brukseli.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z tej stronki 


piątek, 16 grudnia 2011

Naleśniki brukselskie

Połowa listopada, piękne wiosenne powietrze, aż chce się oddychać i żyć pełnią życia. Stoję na placu, wygląda jak małe rondo. Kilka drzew dookoła. Na środku fontanna. Zawsze można przysiąść i podziwiać uroki tak wspaniałego, spokojnego miejsca. Ale nie tylko przechodzień może przyglądać się...Przy fontannie na murku siedzie postać z psem. To Charles Buls belgijski polityk, były burmistrz Brukseli. Od drzewa do drzewa i niektórych budynków rozwieszone są kolorowe flagi. Bajeczny, kolorowy świat.
 Fontanna stanowi centralne miejsce spotkań, zawsze wokół niej jest pełno ludzi. Wokoło fontanny roznosi się tyle zapachów bagietek, naleśników, frytek, a jeszcze powietrze ciepłe sprawiało, że węch się wytężał i działał na wyobraźnię. Do tego jeszcze jak w Paryżu, stoliczki wiklinowe na chodnikach. Postanowiłam usiąść przy jednym stoliczku, vis-a-vis pomnika.  Praktycznie usiadłam na rogu ulicy. Mogłam wtedy obserwować ludzi, ich radosne miny, zajęci sobą podążali pewnie do domów, na spotkania.....Zamówiłam łamaną francuszczyzną naleśniki z marmoladą. Obsługiwał mnie bardzo sympatyczny mężczyzna. Wysoki, czarne włosy spięte w kucyk, bardzo szybki w swej pracy. Nawet nie miał kartki do notowania. Wszystko zapamiętywał. Za bardzo nie chciałam w to wierzyć, że ma aż tak dobrą pamięć. Obsługiwał nie tylko salę ale i stoliki na powietrzu. Pomyliłam się. Zorientował się, że nie jestem ani angielką ani francuską. Nawet mój angielski wydawał się dla niego jak to ktoś kiedyś powiedział "orbisowki". Był na tyle zwinny, że od razu wchodził w konwersację. 
  • skąd jesteś?- zapytał
  • z Polski  - odpowiedziałam
  • dzień dobry - powiedział
  • dzień dobry-odpowiedziałam
Trochę czekałam na naleśniki, ale nie przeszkadzało mi to, wdychałam ciepłe brukselskie powietrze i odpoczywałam po zwiedzaniu i długiej podróży. 
Nagle, wyrwałam się z zamyślenia, gdy otrzymałam dwa naleśniki zwinięte  a na środku talerza marmolada. Posmarowałam marmoladą naleśnika. Pierwszy kęs, skupił się na marmoladzie, czuć było malinę, jagodę, pomyślałam owoce leśne. Jednak nie czułam tylko owoców leśnych, jeszcze truskawkę. Smak pomieszany był z ciastem naleśnika. Lubię naleśniki, sama je robię, ale jeszcze nigdy nie jadłam tak dobrego. Żałowałam, że zamówiłam tylko dwa, ale po jakimś czasie odczułam sytość. Wiem, że w internecie można znaleźć różne przepisy i choć mogą być zapewnienia, że to będą właśnie te belgijskie, nie dam wiary, gdyż każdy kucharz tego samego naleśnika zrobi inaczej, jeden doda swoje serce do niego a drugi zrobi na "odwal". Wszystko wpływa na naszą wyobraźnię, miejsce, czas, osoba z którą spędzamy czas. Ale smaku nie da się oszukać. 
  


Oto linki tej knajpki. Wiem też, że dobrze smakuje spaghetti bolognese popijane piwem Adler. 
Siedząc spoglądałam co inni zamawiają. Jedni lody pięknie przyozdobione owocami, sałatki, samo wino, lub inny alkohol. Ceny jak na Stolicę UE nie są wcale wygórowane. I nie można przeliczać na złotówki, bo to mija się z celem. Za swoje danie zapłaciłam 4 euro. 






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...