Loading...

sobota, 14 grudnia 2013

Bushmills vs. Bushmills Black. Pisane męską ręką.

Od czasu do czasu lubię przyjrzeć się stojącym na sklepowych półkach alkoholom innym niż nasza przysłowiowa procentowa woda mineralna. 
Głęboką estymą darzę różnego rodzaju whisky/whiskey z którymi miałem okazję zetknąć się podczas studiów. W późniejszym okresie nie było to już tak częste. W tamtym czasie królował u mnie niepodzielnie czerwony „Jaś Wędrowniczek”, ale z biegiem czasu a przede wszystkim z rozszerzającą się wiedzą, dzięki rozpychającemu się łokciami - internetowi, w dość szybkim okresie czasu zorientowałem się jak bardzo uboga jest moja wiedza na ten temat.
 
Od pewnego momentu wróciłem na szlak delektowania się „myszowatą wódką”, jak pogardliwie nazywają whisky/whiskey jej przeciwnicy. Generalnie skupiałem się na szkockich blendach (mieszankach), nie unikając jednak innych wyzwań jak choćby zmierzenie się z Tullamore Dew – whisky wytwarzaną w Irlandii. I w zasadzie od tej marki rozpoczęło się moje zainteresowanie produktami wysokoprocentowymi wytwarzanymi na zielonej wyspie. Tym bardziej, jak okazało się, że małżonka moja nie trawi większości kupowanych przeze mnie blendów szkockich, natomiast z przychylnością jej wątroba przyjęła blendy irlandzkie. Po Tullamore przyszedł czas na Jamesona, by obecnie skoncentrować się na innej marce, której nazwa od początku mnie od siebie odstręczała – Bushmills, co to za nazwa? Na pewno nic dobrego się z nią nie mogło wiązać.
Koniec końców w wyniku rajdu po sklepach alkoholowych – dużych i małych – znalazłem Bushmillsa w cenie do tzw. „przełknięcia”.
Bushmills z biała nalepką (1608 – Irish Whiskey – Triple Destilled) stała przede mną i czekała na otwarcie. Zrazu niechętnie i z pewną dozą przekonania o bezwartościowości płynu znajdującego się w środku, otworzyłem ją i nalałem do dwóch szklaneczek dla siebie i małżonki. Ona bez lodu, ja nie byłem na tyle odważny – od razu wrzuciłem trzy kostki. Pierwszy łyk i… lekki grymas na twarzy – co to jest? Ale po przełknięciu, stwierdziłem bardzo przyzwoity w odbiorze, a przede wszystkim delikatny - smak. Nie gryzło, nie drapało w gardło, człowiek nie czuł się tak jakby przełykał co najmniej denaturat. Pomyślałem – może coś jest nie tak. Kolejny łyk i znów delikatny smak, jak również rozprzestrzeniający się niesamowity zapach. Kolejne szklaneczki opróżniałem już podobnie jak małżonka – bez lodu. Muszę stwierdzić, że żałuję iż moje podniebienie tak późno spotkało się z tą whiskey. Można ją śmiało polecać zarówno Paniom, jak i osobom które zaczynają dopiero przygodę z whiskey, a nie stać ich na butelkę powyżej 70 zł.
 
Z kolei zdecydowany szok termiczny przeżyłem w zderzeniu z Bushmills Black. Jak twierdzi producent, z kolei tak sprzedawana whiskey, leżakowała w beczkach po sherry. Nie dać się ukryć, że zarówno smak jak i zapach jest decydowanie wyraźniejszy, by nie rzec ostrzejszy. Ale proszę nie dajcie się zwieść pozorom, że z tego tytułu nie jest to alkohol dla delikatniejszych podniebień. Wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś ceni wyraźny bukiet zapachowy i wyraźnie wybijające sherry spośród innych  smaków tej whiskey, to na pewno winien jej zakosztować. Jej cena oscyluje w granicach między 80 a 90 zł. Jednak nie będzie to wielkim odkryciem jeśli napiszę, że w sieci sklepów Real można ją kupić za 69,99 zł (tyle zapłaciłem dwa tygodnie temu).
            Podsumowując – polecam oba rodzaje whiskey, z wskazaniem na tą drugą, ale jak już napisałem, jeśli ktoś dopiero zaczyna przygodę z tego rodzaju alkoholem to wybór Bushmills 1608 będzie rozsądnym.

6 komentarzy:

  1. ciekawy trunek ale raczej nie dla mnie:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie dorosłam do takich alkoholi, lecz mąż uwielbia testować różne whiskey

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak "Poezja Smaku" również nie lubię takich alkoholi :) wolę wino.

      Usuń
    2. do wielu rzeczy można się przekonać:)

      Usuń

Dziękuję, że tu zaglądasz!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...